Thursday, September 18, 2014

Bajka o straszliwej maszynie targajacej za uczy

Pewnego dnia, niewiadomo skad, przybyla na Ziemie wielka maszyna. Byla to najbardziej skomplikowana maszyna we Wszechswiecie. Sprawiala ona ludziom wiele problemow, bo ktokolwiek sie do niej zblizyl, maszyna od razu targala go za uszy. Wielu smialkow chcialo zbadac maszyne i zmodyfikowac ja tak, by juz nie mogla targac za uszy. Dorosli wyslali tam wszystkich madrych ludzi, by wymyslili jakies rozwiazanie problemu. Wszyscy te osoby, mimo ze byly najmadrzejszymi ludzmi na Ziemi, zostaly wytargane za uszy.
Dorosli wiec postanowili zepsuc maszyne. Wyslali tam wielka armie, jednak cala ta armia zostala wytargana za uszy.
I zyl na Ziemi chlopiec, ktory wpadl na pewien pomysl. Zalozyl sobie na glowe czapke, przewiazal ja pod broda, tak by maszyna nie mogla jej zdjac. Chociaz bardzo sie bal wytargania za uszy, poszedl on do maszyny. Jako, ze maszyna nie mogla znalesc jego uszu, nie wiedziala, co ma robic. Probowala lapac chlopca za czapke, jednak w zaden sposob nie mogla znalesc jego uszu. Chlopiec wiedzac, ze jest bezpieczny i maszyna mu nie zagraza, probowal ja zepsuc. Jednak nie potrafil odkrecic zadnej srubki, tak potezna to byla maszyna.
Chlopiec pobiegl na tyl maszyny i zobaczyl tam maly guzik. Wcisnal go i wylaczyl maszyne. Maszyna ta jednak zaraz znowu sie wlaczyla. Chopiec znow ja wylaczyl. I za kazdym razem gdy maszyna ozywala, on ja wylaczal. Inne dzieci zobaczyly, ze wielka maszyna targajaca za uszy nic nie moze im zrobic, jesli tylko beda one mialy na glowie czapki. Wszystkie wiec ubraly czapki na glowe i poszly pomoc chlopcu. Nie potrafily sobie jednak poradzic z rozkreceniem maszyny.
Zyl jednak na swiecie pewien dorosly, ktory jako jeden z niewielu doroslych rozumial dzieci. Jak nikt znal sie na wielkich maszynach. Wzial wiec z domu swoje narzedzia i poszedl pomoc dzieciom zepsuc maszyne. Zaslonil sobie uszy i bez najmniejszego problemu wykrecil pierwsza srube, a potem druga, trzecia i kolejna. I gdy juz nie bylo zadnej srubki, dzieci wyciagaly z maszyny czesci i rozwalaly je wszedzie. Zrobily tak ogromy balagan, ze juz nawet dorosli nie potrafiliby zlazyc tej maszyny od poczatku. Czesci bylo tak wiele, ze mozna bylo z nich budowac roboty. Dzieci wiec budowaly roboty, a dorosly czlowiek, ktory przyszedl dzieciom z pomoca dorabial do dzieciecych robotow guziki i zaczynaly sie one poruszac. I tak dzieci mialy chodzace roboty, ktore umialy tanczyc i spiewac. Wybudowaly mechaniczny zamek, gdzie wszystkie hustawki hustaly sie same, a gdy znudzila im sie zabawa, wystarczylo tylko wcisnac guzik, by wylaczyc roboty.
I tak wlasnie moi drodzy, straszliwa maszyna targajaca za uszy, ktorej bal sie caly swiat, przemienila sie w zwykle klocki, z ktorych mozemy tworzyc mechaniczne zabawki, ktorymi bawia sie dzieci.

Bajka o wielkim smoku apokalipsy

Pewnego razu byl sobie maly kotek. Mial lsniace, czarne futerko i swietliste oczy jak plynne zloto. Kotek ten byl jeszcze malenkim kociakiem i marzyl z calych sil, by stac sie wielkim smokiem. Chcial byc ogromny, miec wielkie skrzydla, by moc odwiedzac inne planety. Chcial zionac ogniem, by w nocy moc rozpalac ogniska, bo bardzo bal sie ciemnosci. I marzyl o tym caly czas, jadl nawet pikantne ziola i probowal wydobyc z siebie choc malenki plomyczek. Dostal tylko od tego lekkiej chrypki.
Pewnego dnia spotkal on w trawie malenka wrozke. Wrozka byla kolorowym motylkiem. Nikt jej nigdy nie zauwazal, bo wszyscy dorosli uwazali ja tylko za owada. Kotek jednak byl jeszcze dzieckiem i wiedzial, ze motylek nie jest owadem tylko prawdziwa wrozka.
- Dlaczego jestes smutny, kotku, czy cos cie martwi?
- Jestem smutny, bo jestem taki malutki i nie potrafie rozpalic ogniska. A tak bardzo chcialbym byc wielkim smokiem.
- Nie ma nic zlego w byciu malutkim, ja tez jestem malutka
- Chcialbym jednak sprobowac byc najwiekszy na swiecie, tak, by nie bylo nikogo wiekszego ode mnie.
- Jesli naprawde tego chcesz, moge zamienic cie w wielkiego smoka.
- Tak, tak, zamien mnie w smoka! Chce latac! Chce rozpalac ogniska! Och, juz nigdy nie bede musial spac w ciemnosciach
I tak wrozka zmienila kotka w najpotezniejszego smoka, jaki kiedykolwiek istnial we wszechswiecie. Mogl zionac ogniem, a skrzydla mial tak wielkie, ze gdy lecial, przyslanial slonce a na calym swiecie panowaly wtedy ciemnosci. Byl tak samo czarny jak kiedys i mial swietliste oczyska w kolorze plynnego zlota. Byl jednak tak wielki, ze wrozka wystraszyla sie go i uciekla. Kotek jednak szczesliwy, ze zostal wielkim smokiem, odlecial odwiedzic inne planety.
Jednak gdy juz tam dolecial, zielone ludziki, ktore tam mieszkaly, widzac ogromnego smoka nad ich planeta, tak bardzo sie wystraszyly, ze wsiadly do rakiety kosmicznej i odlecialy na inna planete. Kotek natomiast zostal tam zupelnie sam. Ale nie przejmowal sie tym, tylko podziwial ich swiat, gdzie nigdy nie byl, podziwial wodospady z rozowa woda i swietliste drzewa, ktore tam rosly. Kiedy juz wszystko obejrzal, polecial dalej zwiedzac inne planety. Jedak wszedzie, gdzie dolatywal, istoty, ktore tam mieszkaly natychmiast uciekaly. I kotek poczul sie bardzo samotny. Nie mogl sie z nikim bawic, bo wszyscy sie go bali. I zapragnal znowu stac sie malutkim kotkiem, ktorego nikt sie nie bal i wszyscy go kochali.
Postanowil sie wiec przebrac. Spilowal sobie wielkie zebiska o skale, a cale cialo pomalowal w kolorowe ciapki. Wypil przy tym caly ocean i przestal zionac ogniem. I w tej postaci przylecial wielki smok z powrotem na planete Ziemia. I gdy tylko dolecial to usiadl sobie na lesnej polance, bo wiedzial, ze latajac przyslania slonce i ze ludzie, a szczegolnie male kotki takie jak on, moga bac sie ciemnosci. A on juz nie chcial, by ktokolwiek sie go bal... Kiedy ladowal na Ziemi, dorosli ludzie powiedzieli:
- Zobaczcie dzieci, to jest zacmienie Slonca!
Dzieci jednak widzialy w powietrzu kolorowego smoka i wcale sie go nie baly.
Maly kotek jednak o tym nie wiedzial, wiec siedzial sobie na lace i plakal, ze wszyscy sie go boja.
Pewnego dnia zobaczyla go mala dziewczynka. Zal jej sie zrobilo placzacego smoka wiec podeszla do niego i zapytala:
- Dlaczego placzesz?
Kotek spojrzal na nia i zdziwil sie bardzo, ze nie ucieka. Ucieszyl sie bardzo, ze jego kamuflarz dziala. Opowiedzial jej wiec swoja historie. Dziewczynka natomiast zawolala:
- Zawsze chcialam zobaczyc wielkiego strasznego smoka! A teraz jestes taki, hihi, smieszny...
- Och, ale jak mnie zobaczysz, to na pewno uciekniesz! I strace jedynego przyjaciela jakiego posiadam.
- Gluptasie! Nie stracisz mnie! Przeciez ja wiem, ze jestes tylko malym kotkiem! Pokaz mi wielkiego, strasznego smoka!
Kotek wiec wszedl do jeziora i na powrot stal sie najwiekszym i najstraszliwszym smokiem jakiego widziala Ziemia.
- Jestes piekny! Nigdy nie widzialam takiego pieknego smoka!
- Nie boisz sie mnie?
- Oczywiscie, ze nie. Jestes przesliczny. I masz plomienne oczy w kolorze plynnego zlota!
- Ja jednak chcialbym sie z toba bawic jako maly kotek. Nie chce byc juz wielkim smokiem.
- Kiedy staniesz sie kotkiem, ktorego dnia znow zapragniesz byc smokiem. Ale znam kogos, kto moze ci pomoc.
I dziewczyna pobiegla do motylkowej wrozki i opowiedziala jej historie kotka. Wrozka powiedziala:
- Dobrze, zrobimy tak, ze w dzien bedzie tylko malym, czarnym kotkiem a w nocy bedzie sie zmieniac w wielkiego smoka. W ten sposob bedzie mogl sie bawic z dziecmi a w nocy bedzie im rozpalal ogniska, by nie musialy juz bac sie ciemnosci.
Tak jak wrozka powiedziala, tak i zrobila.
I dlatego w dzien jest jasno, a w nocy ciemno. Bo wielki smok przeslania skrzydlami slonce i zapala ogniska na ksiezycu, tak by dzieci nie musialy bac sie ciemnosci...

Bajka o Indianach

Pewnego razu bylo sobie plemie Indian. Zyli oni na nieskonczenie wielkich preriach gdzies w Ameryce Polnocnej. Wodz tego plemienia, Wielkie Ucho, byl czlowiekiem leciwym i niezmiernie madrym. Imie swe zawdzieczal wielkim uszom jak u slonia, z ktorych po cichu sie podsmiewano, jednak nigdy wprost, bo wszyscy wodza bardzo lubili i szanowali. Wodz ten mial syna, pieknego mlodzienca, w ktorym kochaly sie wszystkie dziewczyny w calej indianskiej wiosce. Nazywal sie Wielki Pazor. Uwielbial polowania i byl jednym z najlepszych mysliwych, a jego ojciec byl z niego niezwykle dumny.
Jedno tylko trapilo starego wodza. Jako, ze byl juz sedziwym czlowiekiem, marzyl by Wielki Pazor wreszcie sie ustatkowal i mial dzieci. Syn jednak jego co rusz romansowal z pieknosciami z indianskiej wioski i z zadna nie chcial zwiazac sie na dluzej.
"Za bardzo lubi polowania" - pomyslal Wielkie Ucho i zaczal obmyslac sekretny plan matrymonialny dla swojego ukochanego syna.
Pewnego dnia, gdy mysliwi opuscili wioske a kobiety zajely sie dziecmi i gotowaniem, Wielkie Ucho udal sie do mlodej czarownicy. Tak naprawde byla stara kobieta, ale za pomoca magii dawno temu wyczarowala sobie wieczna mlodosc. Mieszkala ona na odludziu, gdzie dotrzec mozna bylo tylko piechota. Stronila od ludzi, bo nie akceptowali oni jej dziwact. Ktore byly zreszta zupelnie niewinne. Lubila na przyklad patrzec jak plona liscie, i wrzucala do ognia aromatyczne ziola. Rozpalala ogniska i tanczyla miedzy nimi. Patrzyla sie jak delikatnie faluje jezioro i rysowala po nim patykiem. Chyba tylko ryby mogly podziwiac jej tworczosc, bo wodny rysunek natychmiast sie rozplywal. Uwazala sie jednak za wielka artystke i to wodne malarstwo bylo jej pasja. Umiala tez przyzadzac napoje magiczne i jak przystalo na czarownice, posiadala ogromna moc wladajaca zywiolami. Czasem, gdy Indianie potrzebowali deszczu, Wielkie Ucho zwracal sie do czarownicy a ona sprowadzala na wioske deszcz. Czarownica miala na imie Ana, co w starodawnym jezyku tych ziem znaczylo: "Ta, ktora sprowadza oczyszczajacy deszcz". Wielkie Ucho i czarownica znali sie dlugie lata i czarownica zawsze chetnie mu pomagala. Warunek miala jednak jeden: Wielkie Ucho musial zachowac w tajemnicy jej istnienie. Nie chciala ona po prostu widziec zadnych ludzi, bo bala sie, ze skrytykuja jej wodne malarstwo, ktore bylo jej jedyna miloscia.
- Witaj Wodzu Wielkie Ucho, jak sie dzis miewasz? Juz dawno u mnie nie byles, czy cos sie stalo? - zapytala czarownica.
- Witaj. Przychodze do ciebie z wielkim problemem. Moj jedyny syn, Wielki Pazor, nie potrafi sie zakochac. Probowalem juz wszystkiego, zapoznawalem go z najwiekszymi pieknosciami z sasiednich wiosek, ale on kocha tylko polowania. Cale dnie spedza w lesie, jest najlepszym mysliwym, jednak ja juz jestem sedziwy i musze myslec o przyszlosci plemienia. Wielki Pazor musi miec potomka. Gdy umre, inni mezczyzni z wioski, ktorzy zazdroszcza mu powodzenia i umiejetnosci, odbiora mu wladze, a to moze sie skonczyc wojna. Wiesz, ze nasza rodzina zapewnia spokoj temu plemieniu...
- Wiem, wiem... pamietam... to ja sama dalam ci te wladze i zaczarowalam wszystkich twoich potomkow, by zawsze sprawowali wladze. Cena jednak jest to, ze gdy te wladze utraca, w wiosce zapanuje haos i bedzie to koniec waszego plemienia. Tak, tak, pamietam... jednak tego zaklecia nie moge cofnac. Nie moge cofnac zaklecia, gdy juz sie dokonalo.
- Zaczaroj wiec mojego syna. Daj mi napoj magiczny, ktory sprawi, ze pokocha on pierwsza kobiete, ktora ujrzy.
- To bedzie Magia Milosci, najsilniejszy z mozliwych rodzajow magii... musimy z nia bardzo uwazac, ma ogromna moc... jestes pewien, ze chcesz magicznego napoju?
- Nie mam innego wyjscia, musze dbac o przyszlosc naszego plemienia

Wiecej niz sen

Wyobraz sobie lake pelna kwiatow w piekny, sloneczny, wiosenny dzien. Jestesmy dwojka malych dzieci i biegniemy ile tchu przez te lake trzymajac sie za rece... drzemy i smiejemy sie przy tym w nieboglosy. Nie ma zadnych doroslych, jestesmy tylko my, dwojka malych, niewinnych dzieci.
Na lace znajdujemy wielkie drzewo, solidny stary dab. Wspinamy sie na galezie tego debu i wieszamy sobie hustawke na jednej z galezi a potem hustamy sie na niej razem i wyobrazamy sobie, ze wlasnie latamy, ze jestesmy wolni jak ptaki. Lecimy w gore i w dol a wiatr rozwiewa nam wlosy na wszystkie strony. I jestesmy teraz para bialych labedzi i wyobrazamy sobie, ze wlasnie zwiedzamy swiat. Lecimy nad goraca Afryka i podgladamy plemiona murzynskie i patrzymy jak bawia sie tam dzieci. A potem tupiemy nogami i tanczymy i spiewamy razem z nimi. A gdy nam sie juz tam znudzi polecimy odwiedzic Eskimosow. I bedziemy jezdzic z nimi na sankach ciagnietych przez renifery z czerwonymi nosami, takimi samymi jak ma Swiety Mikolaj. Ktorego zreszta tez mozemy odwiedzic. I ukrasc mu kilka swiatecznych prezentow. I wrocimy z powrotem do naszego debu i bedziemy odpakowywac nasza wielka gore skradzionych prezentow.
Ty wezmiesz pierwsza paczke. W srodku bedzie magiczna peleryna, ktora mozesz sie otulic i stac sie niewidzialny. Ja o tym nie wiem a ty znikasz nagle. Zaczynam Cie szukac. Nie ma Cie za debem ani na hustawce, nie ma Cie na lace pelnej kwiatow. Nie potrafie Cie odnalesc. Az nagle pojawiasz sie o krok przede mna i wolasz:
- Tu jestem! Gluptasie! Tylko Ci sie schowalem
Za kare wykrecam Ci nos. Obrazam sie na chwilke, ale zaraz znikamy razem za magiczna peleryna i podgladamy zwierzeta. Nie widza nas, wiec sie nas nie boja.

 Ja dostaje latajacy dywan, we wszystkich kolorach teczy. Robimy sobie z niego trampoline, dywan podrzuca nas w gore i w dol. I znowu mozemy latac. I latamy tak sobie trzymajac sie za rece. A potem zasypiamy razem objeci na tym dywanie, zawieszeni gdzies w przestrzeni. I snimy razem piekne basnie. O smokach, kosmitach i o tym, ze zdobywamy caly swiat, ze nie istnieja dla nas zadne granice.

A jak sie obudzimy, to na dole wciaz czeka na nas gora nieodpakowanych prezentow. A kazdy bedzie piekniejszy od poprzedniego i nigdy sie nie skoncza.

Ale teraz odpocznij sobie razem ze mna na czarodziejskim dywanie, gdzie nic juz nam nie grozi. Ja nie moge spac, wiec bede nad Toba czuwac, patrzysz jak spokojnie oddychasz i opowiadac Ci bajki, ktore zawsze beda sie dobrze konczyc, w ktorych zawsze bedziemy wygrywac i gdzie razem zdobedziemy swiat.

Saturday, May 3, 2014

2 maja 2014

Kiedy lecisz szybciej niz swiatlo, przestajesz myslec, mozg nie nadaza za wirujacym swiatem. Tylko czujesz, bo uczucia sa szybsze niz mysli. Opuszkami palcow dotykasz gwiazd i pedzisz gdzies w nieznany wszechswiat. I gdy juz jestes wysoko, wysoko, czujesz, ze zaczynasz spadac. I lecisz w dol coraz szybciej i szybciej, wiedzac, ze na dole czeka cie smierc... I gdy tak spadasz i juz wszystko wiesz, boisz sie. Boisz sie bolu i konca. Patrzysz na swoje dlonie i widzisz, ze z sekundy na sekunde staja sie coraz bledsze. Tak jakbys znikal, jakby pochlaniala cie ziemia. I w koncu godzisz sie na koniec, bo coz wiecej mozesz jeszcze zrobic?
I gdy juz wiesz, ze za ulamek sekundy wszystko zniknie, zamykasz powieki i mowisz "Dobranoc" do swoich rak i nog, do swoich mysli. I spadasz tak coraz szybciej i szybciej, coraz bardziej spokojny i gotowy.
I gdy juz czujesz ten moment, kiedy wszystko sie skonczy i nie bedzie juz zupelnie nic procz martwej ciszy, czujesz zapach kwiatow. Czujesz go coraz blizej i blizej. Az ladujesz, delikatnie, w biale platki. Nie ma bolu, nie ma konca, tylko ten zapach i czysta biel. Nie boli nic, zniknal strach, wyladowales.
I wtedy czujesz pod plecami miliony rak i slyszysz stukot miliona ludzkich serc. Zlapali cie. Przyszli z pomoca i nie pozwolili ci spasc. I wiesz juz, ze nareszcie jestes bezpieczny.
I majac za plecami armie aniolow, nie musisz sie niczego bac. Mozesz leciec i spadac i nie stanie sie nic... albo po prostu isc. Zamknac oczy i nie patrzec juz w czas. Tylko zaufac i isc. Kroczek po kroczku, najwolniej jak mozna. Niewazna jest droga, gdy za plecami masz cale niebo. Musisz po prostu stawiac noge za noga, niepotrzebny ci wzrok. Wystarczy oprzec ramiona na ich skrzydlach i od nowa nauczyc sie chodzic. A potem powolutku wzlatywac kapke w kapke. Niby nic kazdego dnia. I zaufac, bo wiesz juz, ze pokonales i smierc, i strach.
Stales sie prawdziwie wolny.

Monday, April 28, 2014

Taki sobie wierszyk

Czasem wystarczy przyjrzec sie detalom
By znalesc dalszej historii bieg
Odnalesc wskazowke starannie ukryta
Odgadnac zagadke... lub nie

Tuesday, September 4, 2012

Niedaleko ogrodow stoi gmach
z drzwiami o zlotych piramidach.
Zamkniety na glucho, porosniety bluszczem,
czekajac na przybyszow gnanych wiatrem.

Obok gmachu stoi mala szopka z termometrem,
cala zniszczona zebem czasu.
Z malym kranem zwieszonym bezczynnie,
bezwodna istota w zapomnianym snie.

Niedaleko kominek z mustangiem wsrod plomieni.
Bez ognia i bez mocy, spokojnie uspiony.
Z biala koscia bielaca sie na szarej ziemi
bez zadnej roslinnosci, czekajacej wiosny.

Wtem slychac dzwonow bicie.
Trzy po trzy i jeszcze trzy.
A potem przeciagle i ciagle:
bim bam bim bam bim bam.

Minela wiosna, minie lato,
jesien przyniesie zmiany czas.
I przyjda deszcze, gradobicie,
by wzbudzic i uspic wszystko jeszcze raz.