Saturday, May 3, 2014

2 maja 2014

Kiedy lecisz szybciej niz swiatlo, przestajesz myslec, mozg nie nadaza za wirujacym swiatem. Tylko czujesz, bo uczucia sa szybsze niz mysli. Opuszkami palcow dotykasz gwiazd i pedzisz gdzies w nieznany wszechswiat. I gdy juz jestes wysoko, wysoko, czujesz, ze zaczynasz spadac. I lecisz w dol coraz szybciej i szybciej, wiedzac, ze na dole czeka cie smierc... I gdy tak spadasz i juz wszystko wiesz, boisz sie. Boisz sie bolu i konca. Patrzysz na swoje dlonie i widzisz, ze z sekundy na sekunde staja sie coraz bledsze. Tak jakbys znikal, jakby pochlaniala cie ziemia. I w koncu godzisz sie na koniec, bo coz wiecej mozesz jeszcze zrobic?
I gdy juz wiesz, ze za ulamek sekundy wszystko zniknie, zamykasz powieki i mowisz "Dobranoc" do swoich rak i nog, do swoich mysli. I spadasz tak coraz szybciej i szybciej, coraz bardziej spokojny i gotowy.
I gdy juz czujesz ten moment, kiedy wszystko sie skonczy i nie bedzie juz zupelnie nic procz martwej ciszy, czujesz zapach kwiatow. Czujesz go coraz blizej i blizej. Az ladujesz, delikatnie, w biale platki. Nie ma bolu, nie ma konca, tylko ten zapach i czysta biel. Nie boli nic, zniknal strach, wyladowales.
I wtedy czujesz pod plecami miliony rak i slyszysz stukot miliona ludzkich serc. Zlapali cie. Przyszli z pomoca i nie pozwolili ci spasc. I wiesz juz, ze nareszcie jestes bezpieczny.
I majac za plecami armie aniolow, nie musisz sie niczego bac. Mozesz leciec i spadac i nie stanie sie nic... albo po prostu isc. Zamknac oczy i nie patrzec juz w czas. Tylko zaufac i isc. Kroczek po kroczku, najwolniej jak mozna. Niewazna jest droga, gdy za plecami masz cale niebo. Musisz po prostu stawiac noge za noga, niepotrzebny ci wzrok. Wystarczy oprzec ramiona na ich skrzydlach i od nowa nauczyc sie chodzic. A potem powolutku wzlatywac kapke w kapke. Niby nic kazdego dnia. I zaufac, bo wiesz juz, ze pokonales i smierc, i strach.
Stales sie prawdziwie wolny.

Monday, April 28, 2014

Taki sobie wierszyk

Czasem wystarczy przyjrzec sie detalom
By znalesc dalszej historii bieg
Odnalesc wskazowke starannie ukryta
Odgadnac zagadke... lub nie

Tuesday, September 4, 2012

Niedaleko ogrodow stoi gmach
z drzwiami o zlotych piramidach.
Zamkniety na glucho, porosniety bluszczem,
czekajac na przybyszow gnanych wiatrem.

Obok gmachu stoi mala szopka z termometrem,
cala zniszczona zebem czasu.
Z malym kranem zwieszonym bezczynnie,
bezwodna istota w zapomnianym snie.

Niedaleko kominek z mustangiem wsrod plomieni.
Bez ognia i bez mocy, spokojnie uspiony.
Z biala koscia bielaca sie na szarej ziemi
bez zadnej roslinnosci, czekajacej wiosny.

Wtem slychac dzwonow bicie.
Trzy po trzy i jeszcze trzy.
A potem przeciagle i ciagle:
bim bam bim bam bim bam.

Minela wiosna, minie lato,
jesien przyniesie zmiany czas.
I przyjda deszcze, gradobicie,
by wzbudzic i uspic wszystko jeszcze raz.
Widzialam prezydencki ogrod w bogactwie roslinnosci,
z suchym zywoplotem jak z martwa bariera brazowych lisci.

Dwie kaczki i trzy gesi zyly tam spokojnie,
spacerujac pomiedzy kepami zieleni.

Byl tam kran zwieszony bezczynnie,
co nie pamietal juz dotyku wody.

Wtem szara ges odeszla dostojnie wraz z dwiema bialymi siostrami.
Wiatr zawial z powaga, a w ogrodzie zostala tylko para kaczek
przyczajona pod krzewem.

Bezwodna Europo, pozostan zlaczona,
nie pozwol odejsc gesiom szarookim.
Niech strumien zaleje zywoplot zielenia,
utracona podczas srogiej zimy.
Widzialam dom, pelen milosci i dzieci
we wszystkich kolorach teczy.
A nad wszystkim czuwala biala labedzica,
uwaznie obserwujac kazdy ruch i dzwiek.

Widzialam rodzine, pelna ducha i nadziei,
jasnej przyszlosci niesionej przez dzieci.
Przyladek przyjazni, co w ciemnej godzinie
bedzie ostoja jak zakleta twierdza.
Widzialam szarego golebia,
z polamanymi skrzydlami i martwym spojrzeniem.
Lezal tak na ulicy, nie mowiac nic nikomu.

Coz oznaczasz, szary Kolumbie,
co chce oglosic twoja smierc?
Nie przynosisz przeciez pokoju ni nadziei...
Jestes tylko szarym mieszkancem
zwyklych szarych miast.

Jednak istniejesz martwy,
w dwukrotnym miejscu i czasie,
wiec jednak chcesz cos powiedziec
o swoim zyciu i smierci.

Byc moze tak nisko upadles
bo wykonczylo cie miasto.
Zabraklo powietrza by latac
i chleba, by cie wykarmic.

Zmartwychwstan szary golebiu,
czas juz odleciec ku sloncu
polaczyc mostem przyjazni
zwasnione pieklo z niebem.
Wskazales mi droge jak slepej istocie
Otworzyles oczy na swiat.
Prowadziles z wiatrem,
pokazujac obrazy ku przestrodze.

Bylo ze mna slonce, ksiezyc i wiatr
Oraz piekna tecza na horyzoncie
Mimo to sparalizowal mnie strach
I ludzie, co wszedzie doszukuja sie zla.

Tak chcialam wygrac z calym swiatem,
Jednak jak grac nie rozumiejac zasad?
W pospiechu, byle zrobic cos, cokolwiek
Przegralam, ale otworzylam oczy.